Wiele już wieków przeminęło od czasu, gdy bogowie hiperborejscy porzucili swe północno-wschodnie siedziby, przenosząc się do nowej swej Arkadii, którą odnaleźli na terenie dzisiejszej Wyżyny Ińskiej. Podążał i wraz z nimi – rzecz to oczywista – największy spośród boskich prześmiewców, czyliż przesławny Połczyn, którego imię skrócili później Hellenowie z Połczyna do Pona, a następnie go Panem zwali – zaś nam częściej znany jest od rzymskiego Satyra, jako że satyrzyć on najbardziej lubiał, czyliż inaczej: stańczyć („słowem tańczyć” -stąd się i później wszelakie samrackie Stańczyki wzięły). Satyrzył lubo stańczył ów pierwszy kabareciarz świata preantycznego przez cały okres wielkiego boskiego eksodusu hiperbojskiego aż nadmiernie, czym tak bardzo za skórę samemu Czernybohowi zalazł, że ten nie zdzierżył był w końcu i na samej drogi końcu – tuż nim orszak boski do Góry Gór, czyliż dostojnego Głowacza, dojechał – nakazał był wygnać kpiarza. I na wygnaniu nakazał mu żyć u brzegów Wogry o samej wodzie i chlebie – jeno tylko co pozwolił sługom, by Połczynowi
zostawili wór jęczmienia, co by ten z głodu boskiego zbytnio nie zmizerniał. Jednako, gdy już się orszak boski urządził na Głowaczu i na pomniejszych kopach ińskich, zatęsknił był stary Czernyboh do Połczyna, co choć upierdliwym był bożkiem, to przecież życie na niebiosach tak pięknie ubarwiał.
Posłał zatem umyślnego na Wogrę, by zaniósł Połczynowi wieść o bożej łasce. Ten, wróciwszy niebawem, doniósł władcy niebios rzecz tę niesłychaną: Połczyn nie dość, że sobie chwali życie o wodzie i chlebie (do któregoż to aliansu dorzuca jeszcze i szyszki chmielowe), to i opuszczać dorzecza Wogry nie zamierza.
„A dlaczegóż to?” – zdumiał się Czernyboh.
„A dlategóż to!” – odrzekł posłaniec, podawszy bogu swemu dzban piwa przedniego. Napój, któren stworzył był Połczyn z wody, jęczmienia i chmielu, nie dość że smakiem smutki zaćmiewał, to i jeszcze lekkość satyrzenia taką dawał, że w pierwszej chwili zamierzał był Czerbyhoh swój hiperborejski Olimp wolą boską na nadwogrzańską górę najwyższą przenieść (stąd dziś zwą ją Wolą Górą). W końcu jednak pozostał w malowniczej Ińszczyźnie. Pierwej nakazał piwo miejscowym ważyć – ale skoro tutejsze
połczyńskiemu nie dorównywało, to i do dnia dzisiejszego sługi wysyła na ulicę Piwną po drogocennego Fuhrmanna. Wynalazek zaś Połczyna przyjął się szybko na całym świecie. Ale, choć tylu wszędzie doskonałych piwowarów, nikt takiego boskiego piwa nie uwarzy jak w browarze nad Wogrą – bo przecież tylko ono może się boskim pochodzeniem chlubić.
Szedłem łąką po soczystej trawie, napawając wzrok wielobarwnymi kwiatami, których było tu mnóstwo, i powtarzając bez przerwy: „A widzisz, a widzisz – jednak sny są kolorowe, bajecznie kolorowe!”. Byłem bowiem pewien, że śnię – a tuż przed zaśnięciem pewien koleżka, z którym-śmy rozbijali baniak gorzały, dowodził, że każde senne marzenie łatwo odróżnić od rzeczywistości, gdyż pozbawione jest ono kolorów. Kolorów na tej kwiecistej, wyśnionej przeze mnie łące było aż nadto – nigdym jeszcze nie widział takiego ich urodzaju!
Szedłem, zagłębiając się w soczystość traw i w kalejdoskopowe wręcz szaleństwo wszelakiego kwiecia. Szedłem przed siebie dziarsko i wesoło. Nade mną bzyczały pszczoły i kosy mi skośno-skoczne piosnki śpiewały. Szedłem sobie naprzód bez oglądania się za siebie. Szedłem lekko, gdyż było nieco z górki. Miałem pod sobą pejzaż jakowyś, alem go ledwie co kosztował wzrokiem rozmazanym, gdyż oczy me bawiły się grą wspaniałych barw. Szedłem zatem i nieco nierozważnie, jako że łąka ona zaczynała niczym górska hala się nachylać, co spowodowało, że w rozpędzeniu swoim, kilka razy o mało nie stoczyłem się w dół, na łeb, na szyję. Na pazurki z tejże górki! Jednakże wtenczas chwytałem się łodyg wysokich traw i co bardziej strzelistych kwiatów, toteż wciąż jednak szedłem, a nie się toczyłem! I nawet nie zauważyłem, kiedy owady i ptactwo nad moją głową ucichły, zaś z tyłu, gdzieś daleko za mną, rozległy się odgłosy gromu. Widać szło na burzę, stąd też musiałem jeszcze bardziej przyspieszyć kroku.. Teraz już całkiem zbiegałem ze stoku, który wciąż nabierał stromości. Lecz ja, niby jaki górski kozieł, zeskakiwałem w dół zgrabnie i bez strachu.
Burza już przetaczała się nad samą mą głową i w pewnej chwili miałem wrażenie, że kosmata broda czarnego obłoku zaczyna wplątywać się w me włosy. I tak też było, gdyż wkrótce znalazłem się w jego obłocznej głębinie. W ciemności, jaka teraz nastąpiła, mogłem dostrzec jedynie zygzakowate strumyki błyskawic. Huczało okropnie, a na dodatek gdzieś w dali musiały rozgrywać się iście dantejskie sceny, bowiem czasem czerń obłoku rozdzierały posępnie krwawe wybuchy.
Jednak przecież wiedziałem, że śnię jedynie, zatem i bać się było niczego. A kiedy już burza przeszła, kiedy czarny obłok spłynął był ze mnie i z mej opadającej ku czemuś nieznanemu łąki, kiedy opadł był w nieodległej kotlinie, ledwiem tylko twarz rosą obmył – szedłem dalej, szedłem uparcie i wesoło, szedłem niby nigdy nic! Ale i sił już mi nieco ubyło, tedy bardziej zjeżdżałem onym trawiastym, śliskim po deszczu stokiem, z górki na pazurki, beztrosko na czterech literach, głowę ledwie ponad trawy wysokie unosząc. I nawet mi do onej nie przyszło, że sen coraz to bledszy i bledszy się stawał, aż wreszcie zbladł był zupełnie i zszarzał, i zostawił mnie samego, wpółleżącego na zimnej ławce, nieco z zimna drżącego, bo przecież, kiedym się w końcu obudził był jeszcze całkiem wczesny ranek.
Strząsnąwszy z siebie krople porannej rosy, stwierdziłem że wpółsiedzę, wpółleżę na drewnianej ławce autobusowego przystanku, zgniłozieloną farbą nieładnie okraszoną. Nie wiem jak tu trafiłem. W głowie miałem dziurę – mogłem się tylko domyślać, że wczorajszego wieczora mocno zabalowałem. Z kim i z jakiej okazji – tego jeszcze nie wiedziałem. Zresztą, to nie było teraz wcale najważniejsze. Na początek postanowiłem zorientować się gdzie mnie poniosło i jak stąd będę mógł wrócić do domowych pieleszy, gdzie zapewne znajdzie się jakiś kompres na głowę, albo mały klin, który rozjaśni mi we łbie. I wygoni kłębiące się kiełbie. Z niemałym trudem wstałem z ławki. Wylazłem spod wiaty i poczłapałem ku tabliczce z rozkładem jazdy. Jednak tę trafił szlag, a raczej jacyś miejscowi chuligani. Dowiedziałem się jedynie, iż znajduję się na przystanku końcowym lini 21. Nad wymalowaną w okręgu cyfrą „21” widniał napis „Przystanek końcowy”. I nic więcej.
Nic.
Jako że zmrok już się całkiem rozjaśnił i choć słońca nie było widać – najwyraźniej schowało się za zasłoną ołowianych chmur – dzień musiał nastać już jakiś czas temu, postanowiłem cierpliwie poczekać na autobus. Znalazłem nawet w kieszeni, wymiętoszony co prawda, lecz nieużywany bilet. Usiadłem na ławce i wtuliłem się w siebie samego, marznąc i marząc o jak najszybszym przyjeździe autobusu. Jednakże niebawem ziąb mnie wypłoszył spod gościnnej wiaty i miast sobie drzemać spokojnie, wyczyniałe dzikie tańce pod muzyczkę szczękających zębów. Wyglądało na to, że rozpraszające się ciemności pozostawiły dla mnie cały swój nocny chłód, zaś nadchodzący dzień dodawał doń swój własny, jakiś taki bardziej przenikliwy i upierdliwy.
Głupio było tak tańcować w samotności na pustym przystanku, dlatego postanowiłem iść przed siebie. Pomyślałem, że jeżeli zobaczę autobus, to po prostu zamacham ręką. Chyba się zatrzyma. Ryzyk-fizyk. Tylko w którą stronę mam się kierować? Hmm… Zastanawiałem się niedługo – droga spadała łagodnie w dół. Uznałem, że miasto zapewne leży w dolinie, zatem wybrałem schodzenie – co zresztą było znacznie wygodniejsze!
Szedłem już dłuższy czas lewą stroną jezdni, tak aby w razie czego zamachać w stronę wspinającego się pod górę pojazdu, lecz nie minął mnie w tym czasie ani autobus, ani nawet żadna, nawet najnędzniejsza rozklekotana drynda. Szosa była wciąż pusta, tak jakby ją ktoś zamknął na klucz. I to było dosyć zastanawiające. Nawet o tej porze. Nie minąłem też żadnego kolejnego przystanku, toteż przemknęło mi na myśl, iż może jednak nie poszedłem we właściwą stronę – że może trzeba było mimo wszystko kierować się pod górę. Ale przeszedłem już spory szmat drogi, a poza tym w pewnej chwili spoza drzew zaczęły prześwitywać odległe kontury miasta, bardzo jeszcze niewyraźne. A zatem prędzej lub później dotrę do jego rogatek. A idąc rozgrzewałem się, toteż mimo ponurej pogody, wnet
zapomniałem o przejmującym chłodzie. Zupełnie już nie licząc na przybycie autobusu – być może linia 21 była dzisiejszego dnia nieczynna? – przyspieszyłem kroku. Teraz już miasto miałem jak na dłoni: leżało wprost pod skarpą, na której biegła szosa, która schodząc w dół kilkoma tarasami, docierała do
rogatek cywilizacji. Patrzyłem na to miasto prawie jak z nieba, jak z samolotu sunącego powoli wzdłuż jego granic – gdyż urwisko było bardzo strome w tym miejscu. Tyle że pył jakiś, a może zwyczajny smog, rozwiewał jego kontury. Domy – przecież już nie tak bardzo odległe, rozmazywały się w tej niekreślonej mgle niczym w bladej fatamorganie. Od pewnego już czasu nie szedłem sam. Przyczepił się do mnie wielki czarny pies. Wyleciał do mnie z jakiś gęstych krzaków tak gwałtownie, że w pierwszej chwili nieźlem się wystraszył. Wielkie bydle stanęło przede mną, wlepiając we mnie dziwne ślipia. Schyliłem się nawet po kamień, lecz nie znalazłem żadnego pod stopami. Psisko wyprężyło się
nerwowo. Myślałem że się na mnie rzuci. W starciu z takim potworem nie miałbym chyba żadnych szans. Ale kiedy wyprostowałem się z nieudawaną rezygnacją – zwierzę również jakby dało po sobie znak rezygnacji. Ruszyłem zatem przed siebie. A po chwili w ślad za mną powędrowało psisko. Przyczepiło się do mnie niby rzep do ogona. Nie wiedziałem jak się go pozbyć. On zaś nie miał zamiaru mnie opuszczać. Zatem szliśmy razem. Niby to osobno, ale razem.
Jak bezprzyjaźni przyjaciele…
I razem weszliśmy na przedmieścia. Które powitały nas jakąś wyjątkowo turpistyczną brzydotą. Te ochłapy wylewające się na zewnątrz z trzewi miast zawsze wydawały mi się okropne. Lecz przedmieścia miasta do któregośmy wstępowali wyglądały wyjątkowo odrażająco. Już nawet i nie zwyczajowe rudery szczerzyły w nas ponurą szopowatość zabitą dechami i pocerowaną naprędce pogiętymi blachami, ale wręcz ruiny powitały nas na progu miasta onego, gruzowiska swe wysuwając aż po samą jezdnię – niczym zachłanne łapska trędowatych. Rozglądałem się wokół, jednakże ani jednego zwykłego budynku, choćby w części ocalałego, nie dostrzegłem w zasięgu wzroku. Im bardziej właziłem w trzewia miasta, tym bardziej w upiorne morze ruin się zagłębiałem. A może było na odwrót: z oceanu dziwnego spokoju, który szumiał nad miastem, wpływałem byłem pokrętnym kanałem do
portu zniszczenia?
Bo już jasnym się dla mnie stało – w tym dniu dogłębnie zszarzałym, wyjącym jakąś studzienną ciszą – iż wgryzając się w to miasto zrujnowane, docieram do tajemnego jądra losu. Jednakże, choć wzrok wytężałem i wciąż szukałem w pamięci odpowiednich skojarzeń, nie potrafiłem z morza gruzów wyłowić żadnego elementu, który byłby na tyle charakterystyczny, bym rozpoznał miasto, w jakim się znalazłem. Pamięć dnia wczorajszego zatarła się zupełnie, toteż w żaden sposób nie znajdowałem odpowiedzi, w jaki sposób trafiłem na ów przystanek końcowy. Zaś chwila, z którą świat wokółwidzialny obrócił się w ruinę, najwyraźniej minęła mnie bokiem, wówczas kiedym, skulony na ławce, spał rozkosznie, pojąc zmysły kwiecistej łąki widokiem…Alem, może to rzecz dziwna, wcale nie
szukał odpowiedzi na pytania: „skąd?” i „dlaczego?”. Interesowało mnie jedynie miejsce, w którym się znalazłem, prowadzony poprzez owe morze gruzów przez kosmatego psa, niby przez jakiegoś niemego posłańca piekieł. I nawet widoki coraz bardziej piekielne – im bliżej środka, tym więcej gruzu, pyłu i trzaskających wokół płomieni - mną nie wstrząsały. I nawet strachu nie odczuwałem – bo cóż mi on da w takiej chwili? – a jedynie jedna męczyła mnie myśl: „Gdzie jestem?”. Gdzie?!
A kiedy doszedłem do punktu centralnego, do placu będącego rynkiem tego miasta, z miejsca poznałem miejsce znajome! Z przystanku końcowego doszedłem do pierwszego! Oto znalazłem się w mieście, w którym przyszedłem na świat! Teraz dopiero z morza ruin zacząłem wyławiać znajome budynki, zdziwiony tym jakże niewiele się zmieniły: tuż za rogiem, za hałdą gruzu, w którą zmieniono jeden z pudełkowatych bloków, wynurzała się urocza sylwetka niewielkiego ratusza z fikuśną wieżyczką, a za nią rząd uroczych kamieniczek, stojących na tle kościoła dumnie strzelistego!
Ledwiem ujrzał ten słodkoznajomy widoczek, runął jeden z pobliskich budynków. I ściana gęstego, smoliście ciemnego pyłu wnet go zasłoniła. Ale gdym rękę wysunął przed siebie machinalnie, odruchowo – bo tuman mroczny toczył się w mą stronę – słońce wyjrzało zza czarnej kurtyny, oświetlając na moment rynek mego miasta promieniem ostrym, przenikliwym. I nim doszedł do mnie ów mroku kłąb, niby stronice dawno przeczytanych ksiąg, przetoczyły się przede mną minione obrazy i myśli.
…po czym znów szedłem łąką po soczystej trawie, napawając wzrok wielobarwnymi kwiatami, których było tu mnóstwo, i powtarzając bez przerwy: „A widzisz, a widzisz – jednak sny są kolorowe, bajecznie kolorowe!”. Byłem bowiem pewien, że śnię…
Dawno, dawno temu, a może i dawniej, chudy jak maszt brygu sezonowy pirat ze Śląska, w ciut za obszernych tęczowych bermudach i w smolistej chustce na ryżym łbie, zsuwającej mu się fantazyjnie na jedno oko, ściskając w dłoni flaszkę po dopiero co wysączonym napoju rumopodobnym „Seniorita”, służącą mu teraz za lunetę do wypatrywania co ponętniejszych, smakowicie wysmażonych na mulatki wczasowiczek, przyśpiewując sobie lekko fałszywie „Sanofdżameeeejka!!!”, usiłował porwać w tan plaży co piękniejszy łan.
Skończyłoby się to zapewne jakąś większą chryją, może nawet i krwawą bitwą pod Sołtyskami – bo już ku niemu sunęły groźne miejscowe ludojady, gdyby w odpowiednim momencie nie wypłynął był od strony „Łącznościowca” wielgaśny płetwal błękitny w jednoczęściowym, dzierganym z elanowłóczki kostiumie kąpielowym, z którego można byłoby wykroić niezły włok do łapania marlinów pod Kajmanami.
„Wisiekchulero! – zawołał – Znowujżesz ciebie palma łodbiła, pierunie jełopiasty! Dawojno mietutaj!”. Na to piracina zbladł niczym żagiel na słońcu, i rzekł, zezując na płetwala:
„Bacha: ma mama… Żona, znaczy się…”.
Po czym, jak szkuner, któremu orkan na Jamajce strzaskał ster i stępkę, podryfował ślamazarnie ku swej lubej Baszce, na odchodnym rzucając sentencjonalnie w tłum:
Jeśli
przystaniecie kiedyś na dłużej nad Regą, przy elektrowni, czyli u
dawnego młyna wodnego, może uda wam się z szumu wody wyłowić
piękny śpiew syreni. A jeżeli długo się w jego kierunku
wpatrywać będziecie, to zapewne uda się wam również zobaczyć
piękną reską Syrenkę, z której ust ten cudny wokal w odległą
dal uchodzi…
Resko...ach, Resko jedyne...
W zgrzebnej komunalnej kamienicy żył niegdyś
ubogi wędkarz. Nie był on wędkarzem z wyboru. Wolał być
bramkarzem. Śniła mu się obrona bramki ukochanej „Mewusi”.
Ale
zła połowica szybko wybiła mu to z głowy. „Za staryś już na
sport futbolowy!” – orzekła. Na co on – że mógłby przecież
trenować z reskimi oldbojami. „Te reskie oldoboje, to są ino
opoje!” – ucięła zła żona. I kupiła mu tanią wędkę,
przykazawszy by zamiast marzyć o piłce, zaczął wyławiać grube
ryby z Regi.
W ten sposób – pomyślała – spokój będzie w domu
miała, a stary czasem rybkę na obiad przyniesie, a może nawet i
jaki zarobek z tego będzie. Ale kiepski był z niego wędkarz. Czemu
się dziwić nie należy, gdyż nim do Reska przybył, wiódł życie
Beduina na Pustyni Błędowskiej. Lecz że kapeć już od lat wielu
go przygniatał, tedy szedł z wędką aż pod Świergotki, po drodze
jeno tęsknym wzrokiem zerkając na rozkrzyczany stadion, gdzie dzień
w dzień trenowali dzielni oldboje „Mewusi”.
Tam, na
Świergotkach, usłyszał był razu pewnego jak coś dużego do wody
chlupnęło. Od razu domyślił się, że ktoś spadł z
rozklekotanego dziurawego mostu. Co sił pognał na pomoc. Zobaczył
unoszonego przez bystry nurt Regi staruszka. Beduinem pustynnym
będąc, pływać nie potrafił, lecz siły sporo wciąż mając,
wyrwał mocną żerdź z polnego ogrodzenia i podał ją starowince,
dzięki czemu uratował mu życie. Chciał jeszcze ognisko rozpalić,
by zziębniętego dziadka rozgrzać, ale ten żachnął się jeno:
„Zgorzeć mnie chcesz?! Nie widzisz, że ja cały z chrustu
jestem?!”. Teraz dopiero dobry wędkarz pojął, że ma przed sobą
nie wiekowego człeka, a Licho Leśne.
„Powiem ci w tajemnicy –
rzekło Licho – że jak chcesz złapać naprawdę cenną rybkę,
powinieneś jeszcze dalej pójść: aż za Żerzyno, tam gdzie jest
starego mostu ruina. Tam wędkę swą zarzuć, a nie pożałujesz”.
Po czym rozwiał go wiatr nielichy.
Syrena 102
Mógłby kto pomyśleć, że
zakpił dziad leśny z wędkarza, ale ten poszedł za jego radą. I
ledwie tylko zarzucił we wskazanym miejscu wędzisko, wyciągnął…
złotą rybkę.
Ta zaśpiewała swą starą śpiewkę: „Wypuść
mnie, a spełnię twoje życzenie”. Zamyślił się wędkarz.
Przypomniawszy sobie kwaśną minę swojej starej, rzekł że
chciałby mieć syrenkę. I wrzucił rybkę do wody. A ta wynurzyła
łebek i rzekła jeno: „Zagraj w Totka!”.
Wędkarz nigdy nie
skreślał szczęśliwych numerków, bo mu żona zaskórniaków nie
dawała. Jednak tym razem, idąc po pasztetową, wypełnił był
kupon Toto-Lotka. Skończyło to się karczemną awanturą. Ale oboje
poszli potem do sąsiadów, by zobaczyć w telewizorze losowanie.
Żona zacierała ręce: „A widzisz, głupi capie: nawet trójki nie
udało ci się skreślić, niedołęgo!”. A jednak! Wylosował
końcówkę banderoli, dzięki czemu stał się posiadaczem… Syreny
102!
Radość w rodzinie, niestety, krótko trwała, gdyż
zołza-połowica jeździć Syreną nie lubiła. I jedynie wciąż
narzekała – ileż utrzymanie takiego grata kosztuje. I żeby
sprzedać to żelastwo, za które można i pralkę Franię kupić i
piec w kuchni wyrychtować i nawet jeszcze na prawdziwy telewizor
wystarczy. Wciąż mu głowę i inne części cielesne truła, lecz
on nie potrafił się rozstać z Syrenką, którą tymczasem ukochał
niby jaką piękną boginkę i wyraz temu dawał, dbając o nią ze
szczególną troską.
Kiedy jednak mu stara wciąż tak truła i
truła, polazł znów pod most zwalony i wędzisko w toń Regi
zarzucił. I znów wyciągnął złotą rybkę. „Co tym razem?” –
warknęła. „Mam Syrenkę, ale nic to w moim życiu na lepsze nie
zmieniło, bo mojej połowicy, by się bogactwa jeno marzyły”. A
ona – rybcia - znów mu poradziła, by zagrał w Totka. Tym razem
wygrał biedny wędkarz całego miliona. Za który kupił był i
pralkę i telewizor. A nawet i domek jednorodzinny postawił.
Myślałby kto, że dzięki temu wreszcie spokój uzyskał. Lecz
byłby w błędzie, bo wtenczas dopiero się stara rozkręciła. „Z
tego miliona, to jeszcze na merca, albo choćby na fiata starczyć
powinno, a nie byle Syreną wstyd sobie po mieście robić!” –
wierciła mu dziurę w brzuchu. A tak złośliwie wierciła, że w
końcu po raz trzeci poszedł pod ruiny wiadomego mostu. I znów
wyciągnął z toni Regi złotą rybkę. „A teraz? – zapytała –
Dobrze się zastanów, bo czwarty raz już się wyciągnąć nie
dam!”. „A teraz spraw, złota rybko, by moją starą i wszystkie
jej życzenia szlag trafił!”. I gdy wracał do domu, usłyszał
syrenę… strażacką. Gdyż zawezwany szlag trafił w jego domek,
spopieliwszy wszystko co w nim było – a zatem i też jego
połowicę. Jemu tylko Syrenki ukochanej żal było. A że żalu
innego uczciwie okazać nie umiał, to ludziska pomyśleli, że sam
ów szlag na dom sprowadził, konstruując bombę benzynową na
pohybel swej starej. Zaraz i się zawistni świadkowie znaleźli.
Tedy prokurator z samego województwa w stalowej Warszawie przysłał
po niego panów smutnych, a wielkich jako szafy pancerne w banku
spółdzielczym. Załadowali go do wozu onego, ale w kajdanki go nie
zakuli, bo wyglądał przecie mizernie, jak na Beduina z Pustyni
Błędowskiej przystało. Kiedy jednak już Resko opuszczali, jadąc
pod górkę drogą na Płoty, nagle zwalił się przed autem krzak.
Kierowca zahamował, samochodem wykręciło i polecieli ze skarpy na
łeb na szyję. Warszawa to był wóz pancerny, więc nikomu się nic
szczególnego nie stało, ale gdy tylko się wygramolili z niej, ów
krzak złowrogi z drogi na nich wleciał. A to wcale krzak nie był,
a Licho Leśne.
„Uciekaj! Uciekaj co sił!” – zawołało wprost
do ucha biednego wędkarza. I ten pognał co sił w stronę Regi.
Pachołki prokuratorskie, poobijane, dognać go nie zdołały. Ale w
ostatniej chwili któryś z nich wypalił z pukawki. Wędkarz, z
przestrzelonymi plecami stoczył się był do Regi… A tam wzięła
go w ramiona jego ukochana Syrenka, która z automobila z FSO
przemieniła się w piękną dziewczynę z rybim ogonem. On sam
został topielcem. I od tej pory żyli szczęśliwie. I żyli by
zapewne w toni Regi do dnia dzisiejszego, gdyby jego stara tak nie
dopiekła władzom Piekła, że ją z hukiem zeń wywalono. Pojawiła
się tedy jako zjawa piekielna nad Regą i nawrzeszczawszy, że nie
pozwoli swemu ślubnemu żyć na kocią łapę z pierwszą lepszą
zdzirą, zabrała go do zgliszczy ich domku, gdzie do dziś go więzi.
Straszą tam dniami i nocami ku przerażeniu zabobonnych Reszczan. A
biedna Syrenka, co przecież wędkarza ukochała, pojawia się czasem
przy reskim młynie, śpiewem swym syrenim ogłaszając, iż wciąż
czeka na kochanka, któremu być może kiedyś wreszcie uda się
zrzucić ciężkie małżeńskie okowy…
Z tymiż trzeba grubymi rurami wiąże
się współczesna, miejscowa legenda, opowiedziana mi podczas
pstrykania fotek przez emerytowanego leśnika (który, gwoli
ścisłości, od razu zastrzegł, że historia jest nieprawdziwa):
„Jeszcze kiedy tu elektrowni nie
było, zajechał w koszalińskie na polowanie sam tarzysz Wiesław.
Poszli w las gęsty. Popykali z dubeltówek. A na koniec golnęli
sobie przy ognisku po parę kielichów jałowcówki i liczą kto
najwięcej zajęcy ustrzelił. Oczywista, miejscowe tarzysze chciały
by na Wiesława wyszło, co by im potem z inwestycjami w
koszalińskiem wyszło. Tedy każden pokazuje, że mu nie szło. A
jeden był przygłup takowy, z naszego powiatu, co to się chciał
popisać i pokazuje:
„Paczta, tarzysze, a mnie się poszczęściło!”.
Na to wojewódzki sekretarz odrzekł: „To się nie liczy, bożeś
ze trzech rur palił!”.
Patrzą tarzysze, a tu faktycznie ma on
trzyrurkę! Jako bowiem, że sobie już dobrze popili, ale jeszcze
nie za dobrze, to się im w oczach półtorzyło! Na tę pamiątkę
wdzięczny tarzysz Wiesław zarządził co by w tym miejscu
elektronię pompową z trzema rurami postawić. Mówią, że jakby
więcej sobie golnął, to by mu się w oczach
dwoiło i mielibyśmy Żydowce czterorurowe. Ale i te ładnie wodę
pompują, ni?”.
Tarzysz Wiesław znany był raczej z
ascetycznego stylu życia, zatem mało prawdopodobne, by mu się w
oczach „spółtorzyło”, ale legendę słyszałem na własne
uszy!
Wierzcie lub nie
wierzcie, ale tę współczesną legendę „wiejską” usłyszałem niegdyś w jednej z
miejscowości powiatu świdwińskiego. Nieco ją tylko ubarwiłem i wygładziłem, a
przede wszystkim przytemperowałem, gdyż w oryginalnym kształcie zapewne nie
nadawałaby się do zamieszczenia na tych łamach…
Straszliwa przygoda profesora Kancerowicza – legenda
zachodniopomorska.
Ponieważ sławny Cudotwórca profesor Kancerowicz posiadał był naturę
romantyczną, jednym pociągnięciem swej magicznej różdżki zamienił banalne
zachodniopomorskie pałace w malownicze ruiny. Niestety, nierozgarnięci
mieszkańcy Krainy Poplątanych Dróg, co choć tak blisko cywilizowanego Zachodu
żyli, mentalnością dziką Wschodnią wciąż przesiąknięci byli, nie podzielali
romantycznych zachwytów sławnego Cudotwórcy. Tedy, kiedy razu pewnego, czasu
już z dawna dawnego, przejeżdżał był profesor Kancerowicz przez Krainę oną,
zmierzając pięknym powozem z grodu Kapusty (a ściślej: Brukselki) do grodu
Kołyski (a ściślej: a mniejsza z tym…!), napadli byli na niego, pragnąc mu
skórę drogocenną profesorską na wzór wschodnio-azjatycki zdrowo wygarbować. Nie
na darmo jednak sławny profesor grywał co wieczór w squasha, a jeśli nawet i za
kołnierz nie wylewał, to przecie nie taniego 20-letniego łyskacza, a tym
bardziej pospolitą starkę 50-latkę, ale zwykle trunek szlachetny: burgundzki
lubo burboński – toteż i kondycję posiadł był doskonałą niczym szybkobiegacz
amerykański kondycjonowany słusznie i skutecznie. Tedy i wnet zmylił pościg
jaki za nim miejscowa hołota wiodła. I oddaliwszy się od swej pięknej kolaski
zbiegł był chyżo w pobliskie laski…
Pora jednakoż późna była, teren nieznany i dziki, a
do tego pościg niecywilizowany nie odpuszczał – stąd i znalazł się w chwili
nieszczególnej Cudotwórca Kancerowicz w sercu pomorskiego matecznika, pozbawion
utopionych w bagnie kamaszy ze skóry japońskiego cielęcia kawiorem karmionego,
w porciętach i w smokingu od najlepszego co prawda mistrza paryskiego, ale tak
strasznie zszarganych, że teraz by i w nich się nawet i na byle wasiawskim
przyjęciu nie śmiał pokazywać… Ale gdzieżby o salonach miał myśleć zacny
profesor, kiedy zmrok w lesie powoli zapadać zaczyna i wyją… - czy to wilki,
czy wilkołaki? (choć to po prawdzie jeno żaby kumkały…). Kiedyż zatem stopą
bosą w łajno był wdepnął, a zdawało mu się, iże się w czeluść bagienną zapada,
zawołał w rozpaczy sławny Cudotwórca, że duszę by chętnie diabłu ofiarował,
byleby go jak najbystrzej z tego dna rozpaczy wyciągnięto. Na to i jakby szatan
czekał, bo nim chwilka – co w takich okolicznościach wieczność trwa – minęła,
stanął przed obliczem wielkiego Kancerowicza bies we własnej osobie i zagadał
językiem – czego się na tych terenach można było spodziewać –
szwabsko-należytym: „Nieuczciwie panie zagrywacie, bo duszy już przecie od
dawna nie macie. Ale wezmę od ciebie tegoż oto szwajcara – sprawnym ruchem
ściągnął był z przegubu kacerowiczowego Patka (prezent od pewnego wdzięcznego z
Hameryki dziadka) – w zamian zaprowadzę ciebie, kochaniutki, na przyjęcie jakie
tu w swoim pałacu wydaje dziś sam lord Nothing! Co prawa, brak tobie
odpowiedniego stroidła wieczorowego, lecz ów dostojny pan mym przyjacielem jest, tedyś
i ty w jego oczach nie byle pies!”. I powiódł go przez las ciemniejący w stronę
nieodległego pałacu. Cóż…, można i Patka przeboleć, kiedyś pomiędzy arystokratów
wprowadzon.
Na przyjęciu, w rozkosznej sali
balowej pysznego pałacu lorda, spotkał był Kancerowicz (hrabia na schwał, choć
zaledwie od ćwierćwiecza tytuł ów miał) i barona De La Pauvrete, który z wieży
pałacowej pokazał mu swój wzniosły chateau, stojący w pobliżu, na wyniosłym
wzgórzu, jakoż i grafa von Blocka, którego siedziba wznosiła się nieopodal. Później
konsumowano dziczyznę, jaką byli upolowali panowie w pobliskich borach,
znakomite trunki pijano, z paniami pięknymi tańczono, a na koniec cygarami przy
kartach się raczono – do samego niemal piania kogutów. I wtenczas się
przebudził cudotwórny Kancerowicz…
I zrozumiał że go diablisko pomorskie podle
oszwabiło…! Arystokraci bowiem okazali się miejscowymi pijaczkami – ów lord był
bezdomnym włóczęgą, który w ruinie pałacowej na klepisku po dawnej sali balowej
urzędował, chateau tegoż niby barona nędzną chatą krytą rozpadającym się eternitem
było, a tenże którego von Blockiem zwali w brudnym bloku popegerowskim
pomieszkiwał. Przyjęcie okraszono zaś zwierzyną skłusowaną i siwuchą
zbimbrowaną, zaś o płci pięknej na nim obecnej wolał Kancerowicz nawet i w
myślach swych zmilknąć, bowiem wszyscy znali go jako wyjątkowego estetę. Tako i
złorzecząc czystą żywą polszczyzną-klnąwszczyzną, wyniósł się był profesor
Kancerowicz z ruiny po angielsku – boso, w podartych portkach i zgałganiałym
kubraku, bez pamiątkowego szwajcara i obłego portfela, któren wczorajszej nocy
przegrał, rżnąc w karciochy (nie szło mu, gdyż go dym podłej fajury odurzył).
Złorzecząc na Szwaba, co go tak oszwabił, powędrował był Cudotwórca Kancerowicz
na Zachód – bo innej drogi nie znał…
Z trzech rur… Z tymiż trzeba grubymi rurami wiąże się współczesna, miejscowa legenda, opowiedziana mi pod...
O blogu słów kilka
Drogi mają to do siebie, że zwykle plączą się niemiłosiernie. Moje drogi życiowe są zaś mocno splątane z zachodnią i środkową częścią Pomorza, które samo w sobie jest jedyną w swoim rodzaju, niepowtarzalną Krainą Poplątanych Dróg. A dlaczego? Dowiesz się tego - wędrując drogami bloga mego!