Pomorski Przewodnik Turystyczno - Krajoznawczy.

Czytaj więcej

Zapraszam do czytania, oglądania i komentowania

Jaro Reski
Czytaj więcej

Podziel się swoją historią, czekam na listy

Jaro Reski
Czytaj więcej

Złota przyroda Pomorza Zachodniego w naszej fotogalerii

Kraina Poplątanych Dróg
Czytaj więcej

Zapraszam do czytania, oglądania i komentowania

Jaro Reski
Czytaj wiecej

Tu, gdzie słońca blask...i morza szum

Kraina Poplatanych Dróg

Wednesday, 3 November 2021

Gryfice. Piramida epok.

 

Pomieszanie, poplątanie – i niech tak już pozostanie.

Jak najdłużej.

 

I za to kocham Gryfice, miasto gdzie pięknie się czasy mieszają

(i za kolejki wąskotorowe, oczywiście!).

Pięknieją te nasze Gryfice… Nawet rudery są tam bajecznie piękne…

Nawet i w słotę…

Poczytaj sobie

Thursday, 21 October 2021

Okolice Buendiowa*

 

                                             Droga pod Czachowskimi Górami.


* Próżno już szukać Buendiowa - pysznej świątyni z kolumnami ze strzelistych buków, którą pożarły ongiś nienasycone piły. Tam, gdzie widziałeś doskonałość Jedni, dziś króluje chaos chaszczy



Poczytaj sobie

Monday, 18 October 2021

Chmury nad Starą Dobrzycą

W czasie gdy robiłem to zdjęcie przysiadł się do mnie na pomoście w Starej Dobrzycy czerstwy jegomość z niedopitą flaszką Bosmana w ręku.
Po chwili zagadnął:
„Taaa…, panie… Ciekawe dokąd te chmury tak zasuwają…?”.
„Gdzieś tak w stronę Łobza” – rzekłem na odczepnego.
Wtenczas on uczynił był z dłoni lunetkę, popatrzył przez nią dłuższą chwilę, po czym odrzekł:
„Eeee… Nie… Na mój rozum, to nie do Łobeza… One raczej tak bardziej – w siną dal…”.
Po czym wstał i rzekłszy: „Szanowanie!”, oddalił się w siną dal.
Poczytaj sobie

Tuesday, 9 February 2021

Pewnej srogiej zimy… - część druga.

…Tej samej zimy, o której napisałem tydzień temu, tuż przed końcem ferii, wyprosiliśmy u gospodarza ze Stodolnej, pana Dubickiego, kulig. Dziewczęta zasiadły w pięknych, wygodnie wymoszczonych saniach, my zaś w długim saneczkowym pociągu. Dla mnie przytrafiło się najlepsze miejsce, bo w „ostatnim wagoniku”, gdzie najwspanialej trzęsło i rzucało na boki jak na spływie górską rzeką. To była jazda! Niech się schowają ze wstydu wszystkie wesołomiasteczkowe atrakcje. Na rozgrzewkę popędziliśmy do szosy na Płoty. Przy nawrocie mało kto nie wypadł z saneczek. Ja dzielnie na nich wytrwałem, choć teraz mój pseudokożuszek składał się głównie ze śniegu. Wyglądałem tak jak wszyscy pozostali – jak dziecię yeti. Później pomknęliśmy „w stronę słowiczą”, czyli na Słowikowo. Początkowo drogą, wówczas wyłożoną kocimi łbami, skrytym pod ubitym na cement śniegiem, po czym skręciliśmy w dzikie bezdroża polnych ścieżek. Akurat znów zaczęło gęsto sypać, przeto pławiliśmy się w prawdziwie śnieżnej sannie. Oblepieni od stóp do głów białym puchem, niby czupurne pingwiny, ciągnięci przez dwa silne śnieżnobiałe koniki – przyjacielską Basieńkę i narwanego Kubę – przemierzaliśmy Ocean Śniegowy, dzielnie walcząc z groźnymi bałwanami wysokich fal. Bogdan, syn gospodarza, znany w całej szkole jako wynalazca i piekielnie zdolny majsterklepka (nawet z wyglądu nieco przypominał Pomysłowego Dobromira) zaopatrzył swój saneczkowy wagonik w wygodną szufladkę, z której co chwila wyciągał jakieś smakowite energetyczne kęski. A że był to dobry chłopak, to bez pytania poczęstował mnie pętkiem wonnej kiełbasy domowej roboty. Ledwiem go nadgryzł, a już-żem ponad śniegi wzleciał – w jakieś puszcze żywiczne, gdzie na ognisku ze smolnych szczap prażyła się tusza dzika, a sumiasty Wolski dął w róg zakrzywiony jak ta domowa kiełbasa, ogłaszając początek myśliwskiej uczty. Narwany Kuba szarpnął, omijając kolejną zaspę. A ja, z tego rozmarzenia, nawet nie zauważyłem kiedym wypadł z sanek. Dźwięk rogu przemienił się w brzęczenie oddalających się dzwonków zaprzęgu… A sypało już tak gęsto jakby akurat nad Słowikowem rozdarł się wór nieba. Wokół mnie opadły grube białe kurtyny. I zatonąłem w śnieżnym tumanie… Brodziłem w śniegu po kolana, czasem po pachy, a nawet i po samą czapę-uszatkę. Brodziłem na oślep, bojąc się że do zmroku nie dojdę do ludzkich osiedli, że przyjdzie mi nocować w jakiej naprędce wykopanej jamie. Nagle usłyszałem charakterystyczny gwizd. Nastawiłem ucha. Wkrótce doszedł do mnie głuchy pomruk maszyny i metaliczne kolebanie się kół po torze. I tuż przede mną wynurzył się z widmowej mgły ciężko posapujący „Michałek”. Już wiedziałem, że jestem uratowany. Dotarłem do nasypu, który doprowadził mnie do przejazdu. Stąd bez większego trudu mogłem doczłapać się do domu. Z radości utoczyłem dużą śnieżną kulę, którą pchałem przed sobą, idąc drogą w stronę miasteczka. A że z nieba wciąż obficie sypało, to sfera rosła i rosła… Gdzieś na wysokości linii energetycznej napotkałem kolegów, którzy wyruszyli na poszukiwania zguby (jako że zamykałem kulig, moją nieobecność rozbawione towarzystwo zauważyło dopiero u bram miasta). Teraz już społem toczyliśmy wciąż powiększającą się śnieżną kulę. Zamierzaliśmy dojść z nią aż pod sam ratusz, ale zrobiła się zbyt ciężka. Zostawiliśmy ją na wysokości dzisiejszego ronda, pomiędzy remizą a „krewetkami”, gdzie stała jeszcze z dobry tydzień po nadejściu wiosennych roztopów. I na tym mógłbym zakończyć tę zimową opowieść, lecz… Kilkanaście lat później spotkałem znanego historyka sztuki, profesora Akademii Sztuk Pięknych, który dowiedziawszy się, że mieszkałem w Resku, rzekł: „Resko, Resko… Pamiętam – przejeżdżałem tam pewnej srogiej zimy. Kościół ze strzelistą wieżą, a przy wjeździe do miasta dziwna monumentalna kula, nieprawdaż?”. I na tym mógłbym już naprawdę zakończyć tę zimową opowieść, lecz… Kilkanaście lat później spotkałem młodego plastyka, studenta Akademii Sztuk Pięknych, rzeźbiarza. Targał nim wtenczas twórczy dylemat. Musiał wykonać pracę dyplomową na zakończenie studiów. Tyle tylko, że on miłował się w sztuce klasycystycznej i realistycznej – i tak tworzył – podczas gdy jego profesorowie preferowali formy abstrakcyjne. Kiedym mu opowiedział powyższą historię, wpadł na pomysł odtworzenia w białym marmurze, lub czymś podobnym, tamtej kuli. I odniósł wielki sukces. Skończył studia z wyróżnieniem. Na wystawie prac dyplomowych sławne nazwiska gratulowały mu pięknej idei. „Jaka piękna, czysto abstrakcyjna forma!” – zachwycano się, traktując mimo uszu jego sprostowanie: „To nie jest żadna abstrakcja, panie i panowie! Ta rzeźba przedstawia po prostu zwykłą śnieżną kulę!”.
Poczytaj sobie

Thursday, 4 February 2021

Pewnej srogiej zimy… – część pierwsza.

W kraju, w którym teraz mieszkam spadło ostatnio jakieś ćwierć cala czegoś z grubsza podobnego do śniegu. Od razu stanęły lotniska, zatrzymano pociągi, auta snują się po autostradach z prędkością piechura (co nie przeszkadza im wpadać w poślizgi i marszczyć sobie karoserie). A ja marzę o zimie na serio… A mi się prawdziwie sroga zima przypomina. Jak tamta, sporo latek sprzed owej sławnej, zwanej „zimą stulecia”. Czekało się na tę zimę z utęsknieniem, jak na ciocię-czarodziejkę z dalekiej północy. Jeszcze do nas nie zaglądali Pani Chmurka i Pan Wicherek, nie wyczarowywali zimy magicznymi wskaźniczkami. Przyklejało się tedy przed spaniem nos do lodowatej szyby, wypatrując czy aby ze świstem wiatru nie zbliża się Ona, swą białą szatą rozpuszczając stalowe zimno nocy. Wtedy przegapiłem jej przyjście. Uczyniła to bowiem w środku nocy, kiedym pod bieluśką kołdrą, jak miś pod śniegiem, śnił niby jaki zdrajca o… wiośnie(!). Ranek jednak zacząłem radośnie! Przybliżam rozgrzane dziecięcą podnietą poliki do szyby, na której już kwiaty białe wymalował mróz. Wokół najczystsza biel. Tedy błyskiem wypijam obowiązkowe poranne mleko, chcąc jak najszybciej ulepić bałwana – jeszcze przed wyjściem do szkoły. Lecz nie czas teraz na lepienie – trzeba bowiem pomóc ojcu, który od samego świtu usiłuje przekopać w tym śniegu, wysokim już na wysokiego chłopa, kanał łączący nas z resztą Reska. Do budy już dzisiaj nie pójdę… Kiedyśmy dokopali się do sąsiadów słońce stało wysoko na niebie, a gdy społem doszliśmy do większej ulicy, było dobrze po południu. Dopiero co przeleciała Barbórka, więc ci wszyscy przekopujący się przez zaspy Reszczanie jawią mi się jako górnicy na przodku – tyle że jakby w negatywie: węgiel biały przerzucają i cali w tym węglu unurzani są jak śnieżne bałwany, jak yeti szukające szczęścia nad Regą. Resko przez jakiś czas wyglądało niczym miasteczko w Wysokich Alpach. Błąkać się trzeba było w labiryntach o wysokich, białych ścianach. Jeśli kto był nie nazbyt ostrożny, to na przykład: wracając z baru „Zagłoba” zamiast do domu, mógł trafić na MO – szczególnie jeśli wracał „pieskiem”, na czterech łapkach… Ale nikomu nie przychodziło do głowy zarządzanie stanu klęski żywiołowej. O, nie! Taka ostra zima dla większości była nie dopustem bożym, a bożym darem! Wkrótce ruszyły pasjonujące zimowe igrzyska. Naszą stolicą olimpijską był rejom ulicy Stodolnej. Na środku pastwiska, zwanego przez miejscowego gospodarza „koplem”, rozciągał się zamarznięty stawek, który pod odśnieżeniu przemienił się w świetną taflę lodową. Rozgrywaliśmy tam, do upadłego, do połamania kijów wyłamanych z pobliskich krzaków, zacięte mecze hokejowe. A kiedyśmy już w końcu padali na pyski, siadaliśmy na płocie, przy krzaku tarniny i przygryzając jej rześkie jagody, wodziliśmy wzrokiem za dziewuchami wycinającymi piruety i pistolety na śniegówkach. Obok były dwie trasy saneczkowe. Łagodna, lecz długa zaczynała się przy drodze wiodącej do domku rakarza. Miło się nią zjeżdżało – ale tylko dziewczynom i przedszkolakom. Prawdziwi faceci wybierali tę drugą – zjazd ze stromej skarpy nieistniejącego już wzgórza, które na starych, niemieckich mapach zwie się Szubienicznym (Der Galgen-Berg - rozplantowano je w latach 70-tych, zasypując przy okazji pobliski staw – nasze ukochane lodowisko, co zmusiło nas do uprawiania sportu hokejowego w skali iście gigantycznej: na rozlewiskach pod Leśną). Najbardziej zaś nieustraszeni, a może po prostu ci z lekka stuknięci, szli nad pionową ścianę, opadającą w kierunku pobliskiej zagrody. Stąd się nie zjeżdżało, tu się skakało. Oczywiście, bez nart. Brało się rozbieg i na progu, zaznaczonym wierzchołkiem słusznej brzozy, rzucało w przepaść. Lądowało się początkowo w głębokiej zaspie, a zatem w miarę bezpiecznie. Z czasem jednak zaspa zmieniła się w twarde klepisko. Że nikt się przy tym nie połamał – ot, zwyczajny reski cud… Liczyła się, jak to w skokach, odległość. Ale jak kto potrafił w powietrzu uczynić jakąś miłą dla oczu ewolucję, choćby tylko zamachać łapami jak orzeł, to dostawał dodatkowe punkty za styl. Były też jeszcze i inne konkurencje w naszej zimowej olimpiadzie. A przed samym końcem ferii zimowych najlepsi zawodnicy zostali uhonorowani wspaniałym kuligiem. Aby jednak za bardzo nie nudzić, napiszę o nim następnym razem. Niebawem.
Poczytaj sobie

Sunday, 10 January 2021

Stargard. Biały Zamek.

W żadnym ze znanych mi pomorskich bedekerów nie wspomna się o tym, że nasza perła ceglanego gotyku posiada zamek. A przecież on jest! Choć nie ceglany. I nie gotycki. Aparat, wycelowany nań z wieży przesławnej Kolegiaty, wyłowił także groźnych blaszanych wojów. Ich dziwaczne zachowanie pozostaje dla mnie zagadką…
Poczytaj sobie

Thursday, 31 December 2020

Ulica Sylwestra Bosia. Opowieść sylwestrowa.

„Działo się to podczas zimy stulecia. Właśnie jechałem pociągiem pośpiesznym ze Szczecina do Warszawy, zaproszony na studencki bal sylwestrowy przez niedawno poznaną dziewczynę. Pociąg spóźnił się, bagatelka, 52 godziny. I na bal, oczywiście, nie zdążyłem. Dziewczyna poszła tam sama, poznała pewnego znanego (z jednego tylko filmu) reżysera, a nasza znajomość wnet się skończyła. Ale to zupełnie inna historia… W pewnym momencie, kiedy staliśmy w lesie, uwięzieni w zaspach, komuś się zwidziało, że tuż obok na pewno jest wieś – i cały przedział zniknął, razem z tobołami. Zostałem sam. Sam pod upiornie migającą świetlówką. Wtuliłem się w kożuch, łyknąłem z piersiówki szczecińską starkę, i by nie myśleć o chłodzie i nadciągającym zmroku, zacząłem sobie wyobrażać przechadzkę po rozświetlonym letnim słońcem miasteczku mego dzieciństwa. Obchodziłem po kolei wszystkie uliczki. Wypatrywałem znajomych. Lecz w Resku panowała dziwna pustka. Wreszcie, na Kościuszki, natknąłem się na pana Bosia, popularnego nauczyciela historii. „A ty co tu robisz? – zapytał groźnie – Zaraz się zaczyna Nowy Rok, a ty już pierwszego dnia na wagarach?”. Poniuchał nosem. „I jeszcze na dodatek jedzie od ciebie alkoholem jak z „Warsu” do Warszawy! Tak żeś spędzał wakacje, łobuzie?!”. „Ja nie piję! Co najwyżej, to oranżadę z Reska!” – uniosłem się patriotycznym honorem. „Ale ze mną się chyba napijesz?” – rzekł pan Boś, wyciągając z torby butelczynę. Wtedy dopiero przetarłem oczy, stwierdzając, iż to nie mój dawny nauczyciel, a zmarznięty na kość konduktor wymachuje przed mym nosem flachą czystej. „Z Sylwestrem się nie napijesz w Sylwestra?! – wołał kudłaty wąsacz. „A orenżadka na popitkę też się znajdzie…” - dodał wyciągając z konduktorskiej torby „Sowietskoje Igristoje”. I w ten sposób, zanim się do końca dobudziłem, wypiłem pod ten Nowy Rok lekko wytrawną oranżadkę z panem Ryszardem Bosiem z Reska, nauczycielem historii, oraz „Wyborową” z panem Sylwkiem Basem ze Szczecina, konduktorem PKP, jednocześnie w Resku na Kościuszki i w lesie pod Kołem (tej zimy bez wątpienia Podbiegunowym)…”
Poczytaj sobie

Thursday, 17 December 2020

O wodniku Zdenku i meliorancie Zenku – baśń gryficka

Kraina Wodnika w Gryficach. O wodniku Zdenku i meliorancie Zenku – baśń gryficka. Dawno, dawno temu, a może i jeszcze dawniej, w pięknym stawie pod Ostrawą mieszkał sobie upierdliwy wodnik Zdenek. Temuż że wodnikowi wpadła onegdaj w wodne oczko piękna rusałka Dobrawa. Ale że za dobra była ona dla takiego upierdliwego łazęgi, to gdy ją z onego oczka próbował wyciągnąć, dostał był Zdenek porządnego kosza. Urażon, postanowił opuścić czeską Macierz, a że choć dawno to było, ale już w epoce, gdy bratni naród czeski zwykł pozdrawiać się marynarskim „Ahoj!”, toteż za znakiem czasu idąc, pobieżył wodnik wodami śródlądowymi aż nad sam Bałtyk. Stamtąd planował już słonymi bajorami przedostać się nad Amazonkę, gdzie – jak słyszał – stawów jest pod dostatkiem, a w nich amazonki prześliczne mieszkają. Kiedy jednak posmakował wody solonej, uznał że nie zdzierży i postanowił wracać. Tyle że pod Gryficami, na Redze, tak mu się spodobało, iż na dłużej mu się ostać zechciało. Tedy żył sobie spokojnie wieki całe, szkodząc niewiele, jak na wodnika czeskiego przystało. Ale że nie tylko wodnikowi, lecz i każdemu normalnemu facetowi żyjącemu bez baby szajba w końcu odbije, toteż krótko po ostatniej wojnie światowej Zdenkowi zwidziało się, że już długo nie pociągnie, góra: pół wieku – toteż ze złości zaczął być bardziej upierdliwy niż zazwyczaj. Zalewał tedy pola i łąki wodą regańską, doprowadzając do zielonej pasji powiatowego referenta rolnego towarzysza Zielonkę (który tak po prawdzie zwał się Czerwonka, ale ze złości mu facjata zieleniała). A tu województwo ponagla, by wyciągać te cholerne kwintale z hektara. Poszedł tedy towarzysz Zielonka po rozum do głowy, ściągając na ziemię gryficką melioranta Zenka, co był człek żwawy, a że zremeliorował zniszczone przez faszystów Żuławy, stąd zwano go nie Żwawym, a Żuławym Zenkiem. Ten Zenek nie był w ciemię bity, toteż od razu skumał z kim ma do czynienia. Wiedział też że zwykłymi metodami melioracyjnymi, nawet i tymi wprowadzonymi ostatnio przez sławnego Saszę Suszę-Meliorowa, wodnika z wód gryfickich nie wykurzy. Zwrócił się tedy o radę do bratniego Hlavni Cesko-Slovenskie Odvodneni, a stamtąd mu bratersko odpisano, że wodnika nie da się złapać inaczej niż na piwo i knedliczki. A tu kłopot – bo piwo z Połczyna może i lepsze od czeskiego, ale skąd wziąć knedliczki? Okazało się jednak, że mieszka w powiecie niejaka Kowalowa, której panieńskie nazwisko brzmi: Hahaczkowa – bo ją Kowal poznał na robotach w Rajchu, a takie knedliczki czyniła, że jej zaraz kolco na palec wcisnął i już do Czech nie wróciła. Hahaczkowa się postarała, zaknedliczkowała - smakowicie jak umiała. Stąd i ustawił Zenek pułapkę na Zdenka należytą: z talerza przednich knedliczków i z przedniego Połczyna poczynioną. I byłby się wodnik w oną złapał, ale nieświadomy szczegółów operacji referent zechciał był akurat rozejrzeć się w terenie. Zobaczywszy michę z parującymi knedlikami i kufel połczyńskiego, nie zastanawiając się długo, rzucił się do konsumpcji. A wtenczas dzwonki alarmowe zabrzmiały i parobczaki Żuławego Zenka rzuciły się z siecią na domniemanego wodnika. Wściekły towarzysz Zielonka zzieleniał ze złości, a w szamotaninie zaplątawszy się w zielsko nabrzeżne stał się tak podobny do wodnego stworzenia, że wszelkie jego obiekcje mimo uszu puszczano. Zakuto go w łańcuchy na Redze w Gryficach, gdzie do dzisiaj sobie w sitowiu żyje w spokoju, dokarmiany od czasu do czasu piwem połczyńskim, a czasem nawet i praskim, oraz knedlikami dowożonymi od wnuczki pani Kowalowej-Hahaczkowej. Podobno sobie nawet przygruchał jakąś rusałkę spod Trzebiatowa. Zenek zainkasował premię i pojechał nawadniać Saharę. Zaś Zdenek, stwierdziwszy, że na dwóch wodników miejsca pod Gryficami jest za mało, wrócił pod swoją Ostrawę, gdzie ponoć piękna Dobrawa wciąż do wzięcia była i na bok kosz odstawiła. Żyją szczęśliwie w jakimś stawie. A o towarzyszu Zielonce, czy też Czerwonce zapomniano…
Poczytaj sobie

Thursday, 1 October 2020

Gdzieś za Słowikowem, gdzieś za Mokronosem…

Kiedy byłem bardzo małym chłopcem… Gdzieś za Słowikowem kończył się świat. A nawet Wszechświat… Tam było Nic. Kiedy byłem małym chłopcem… rzekł mi ojciec dnia pewnego tak: gdzieś za Słowikowem, gdzieś za Mokronosem… - tam dopiero zaczyna się świat! Inny świat. Nic zniknęło. I tylko czasem trochę żal…
Poczytaj sobie

Monday, 31 August 2020

Ździchu...

Jadąc z Drawska do Drawna, zatrzymałem się w Konotopie. Musiałem lekko odsapnąć po tym jak półpancerny wózek z dobrze bawiącymi się w naszym gościnnym kraju naśladowcami Rambo o mało nie zepchnął mego samochodu na pobocze. W wiosce zwiedziłem uroczą plenerową galerię. I jedno z dzieł przywołało na myśl Ździcha. Kanonier Ździchu Dziecina był onegdaj moim podkomendnym. Była z niego niczego sobie dziecina: mniej więcej rozmiaru słusznej szafy gdańskiej (stamtąd, zresztą, do nas przyjechał, choć do Trójmiasta, gdzie w pocie czoła budował statki, trafił z głuchej wsi kujawskiej). Ździchu nie tylko ciałem był wielki. W onym ciele przeogromnym kryło się również i przeogromniaste serce. A do wszystkiego co czynił, ów mocno przerośnięty mięsień wkładał był ochoczo… Ot,chociażby: kiedyśmy triangulację ćwiczyli, wysłaliśmy na sterczące niczym stromy cycek (żołnierzom na poligonie wszystko musi się odpowiednio kojarzyć…) wzgórze Ździcha z łatą mierniczą. A że miał doń, do cycka onego, z kilkaset metrów co najmniej, tośmy się zajęli tymczasem innymi, poważniejszymi sprawami, czyliż: rozpalaniem dobrze zamaskowanego ogniska. Grzejąc się przy nim i wędząc podwędzoną z magazynu kiełbasę, zapomnieliśmy zupełnie o Ździchu. Dopiero po jakimś czasie, ktoś zwrócił był uwagę, że bardzo nam przy tych wesoło trzaskających iskierkach brakuje ździchowych anegdotek (którymi sypał niczym mag z rękawa). „Ano właśnie! Co ze Ździchem?” – zapytałem. Kapral Syguła tedy powstał, uczynił był daszek z dłoni – bo słońce, mimo mrozu, paliło w oczy jak na Karaibach – i rzekł: „Stoi jako ten słup!”. Zerknąłem przez pokaźną lornetę nożycową, powiększającą tak silnie, że nieomal można było zajrzeć w poczciwe oczyska zsiniałego Ździcha. Istotnie: stał jak słup na tym rześko trzaskającym mrozie, bo taki miał rozkaz. A rozkaz, jak sam mawiał, to rzecz święta, bo jak pan podchorąży rozkaże, to jakby sam biskup kujawski – trza z sercem! Taki był nasz Ździchu, maskotka plutonowa, dwa metry i jakie ze trzy centary najczystszej życzliwości! Przyznam się szczerze: obijaliśmy się na tym zimowym poligonie jak mało kto. Dowódca baterii, świeży pryszcz przekwalifikowany z politruka, zawalił z kretesem strzelanie na ostro, plutony ogniowe rozdzielono zatem pomiędzy inne baterie, a naszemu plutonowi dowodzenia nakazano się szkolić we własnym zakresie. Szkoliliśmy się zatem głównie ze sztuki maskowania i opanowaliśmy ją doskonale. Należało wybrać dobry zagajnik, rozpalić ognisko – które musiało być przy tym całkowicie niewidzialne, a tej umiejętności pozazdrościć musieliby nam nawet i najbardziej doświadczeni Apacze – i w jego ciepełku ogrzewać wartości bojowe. Chodziło głównie o bój z nudą, toteż zajmowaliśmy się zasadniczo gaworzoną literaturą wspominkową. Każdy coś tam dawał od siebie. A Ździchu, opowiedziawszy nam już z tysiączek anegdot z własnego życia, zaoferował się że na dodatek cosik może nam zagrać. Bo po dziadku to on jest po prawdzie wyrtuoz, tyle że trzeba by jakieś odpowiednie instrumentum skombinować. Ktoś podsunął mu butelkę po winie owocowym, które nam wyznaczeni zwiadowcy znosili ofiarnie ze spożywczaka w Konotopie. Ale na dęciakach Ździchu grać nie umiał… Następnego dnia zaczepił mnie szef kompanii piechocińców z zapytaniem czy czasem nie mam do pożyczenia piły, bo ichnia poleciała dziwnym trafem w przestworza. „W ambę się jakby nagle zapadła…” - rzekł ponuro, po czym zaklął tak jak podoficer LWP nigdy by sobie nie pozwolił. Piły-śmy nie mieli, a przynajmniej nic wówczas o takowej nie wiedziałem, choć sztywny krok Ździcha powinien mnie wówczas naprowadzić na trop zagadki jej nagłego zniknięcia u szacownych sąsiadów. Gdyśmy bowiem doszli do rejonu dzisiejszej zamaskowanej dyslokacji plutonu, nasza gdańska szafa wyciągnęła z spod munduru… rzeczoną piłę do drewna! W plecaku schowany zaś miał skonstruowany dziś już sam nie wiem z czego smyczek. „Obiecałem panu podchorążemu koncert – rzekł – A jak coś kanonier Ździchu Dziecina obieca, to na mur-beton!”. I przy mrozie dziarsko trzaskającym, tudzież i przy subtelnym trzaskaniu płonących gałązek rozpoczął się ów koncert ździchowy! Istotnie, okazał się być nasz słuszny Dziecina wirtuozem piłowania. Piłował pod kopułą mikrego zagajniczka niczym jaki Piłderewski w Royal Albert Hall! Grał ze łba chłopsko-chłopackiego, a jakby z nut jakiegoś zapoznanego kujawskiego Wieniawskiego… Grał, a jakby jakie anieli śpiewali… Nawet i sam największy wybrzydzacz bateryjny, dziadek-bombardier Stąpała, ledwie ukrywszy łzy wzruszenia, wyrzekł z iście świątecznym namaszczeniem: „Ździchu, niech no cię wyściskam! Ty grasz tak cudnie, że słyszę jakby anieli nad mą głową latali…!”. A nad naszymi głowami właśnie przelatywały ze świstem pociski z haubic 152 mm…
Poczytaj sobie

Monday, 3 August 2020

Róża pod zamkiem


Stare Drawsko. 

Róża pod zamkiem

 

Czy mi się to wszystko śni?

Wylazła z wody róża i na dziesięciu odnóżach, okazując się w istocie blaszanym Hindenburgiem, posuwa się w stronę drahimskiego zamczyska!

Prawie jak z obrazu Salvadora Dali, ali…

Zdjęcie potwierdza, że działo się to naprawdę!

Jakże surrealistycznymi przygodami częstuje nas czasem zwykła przejażdżka po Zachodnim Pomorzu!



Poczytaj sobie

Linki

Twitter Facebook Instagram You Tube Behance wordpress RSS Feed Email Pinterest

Popular Posts

O blogu słów kilka

Drogi mają to do siebie, że zwykle plączą się niemiłosiernie. Moje drogi życiowe są zaś mocno splątane z zachodnią i środkową częścią Pomorza, które samo w sobie jest jedyną w swoim rodzaju, niepowtarzalną Krainą Poplątanych Dróg. A dlaczego? Dowiesz się tego - wędrując drogami bloga mego!

Szukaj w blogu


About Me

My photo
Poplatanymi drogami idę przez życie...

Followers

BTemplates.com

Blogroll

About

Copyright © Kraina Poplątanych Dróg - kpdreskiego | Powered by Blogger
Design by Lizard Themes | Blogger Theme by Lasantha - PremiumBloggerTemplates.com